wtorek, 6 października 2020

Miałem sen

Sen z pewnością nie tak znaczący, jak ten Martina Luthera Kinga, ale sen, z którego nie chciałem się obudzić. Dość często miewam sny-filmy, ale zwykle są to filmy akcji, horrory, ewentualnie filmy sci-fi, po których przebudzenie jest zwykle ulgą i czuję się wyczerpany. Dziś było inaczej.

Dzisiejszy film był czymś w rodzaju dramatu obyczajowego. Chodziliśmy z jakimś moim przyjacielem (chyba Krzyśkiem, ale o aparycji Bogusława Lindy) po mieście, które było w tym filmie nazywane Wrocławiem, ale Wrocławiem nie było (pewnie dekoracje). Zarys fabuły (!) był taki, że oddaliśmy bagaże do przechowalni i mieliśmy coś załatwić w wielkim biurowcu - każdy jakąś swoją sprawę, po czym mieliśmy się spotkać przy kiosku i po odebraniu bagaży pojechać dalej. Jaki kiosk i jakie dalej - nie mam pojęcia, ale w filmie wiedziałem.

No i cały film to były głównie rozmowy. Rozdzieliliśmy się z przyjacielem dość wcześnie i zacząłem spotykać dziwnych ludzi. Dziecko bawiące się pudełkiem po zapałkach, starszego nieogolonego pana z książką "Zapałka na zakręcie" (!), straganiarkę sprzedającą proste precle (!!) czy w końcu policjanta z serialu "Allo, allo!". Najdłuższą rozmowę odbyłem z jakąś dziewczyną z działu marketingu firmy, w której nikogo nie było, my leżeliśmy na półkach (hola, hola, każde na swojej!) i prowadziliśmy pogawędkę o tym, co robić w życiu, jak się nic nie chce. W pewnej chwili zerwaliśmy się, żeby napić się kawy, ale w biurze nie było ani ekspresu, ani czajnika, więc poszliśmy do biura obok, gdzie sekretarka o burzy czarnych loków (jak u Cher) akurat karmiła pływające w wielkim akwarium pingwiny. O dziwo, sen nie przeskoczył na jakiś inny wątek, tylko z kawą wróciliśmy na półki i gadaliśmy dalej.

Potem szedłem jakimiś podwórkami, na których suszyło się pranie, a ściany kamienic były rozorane pociskami jak po wojnie. Gdzieś w bramie pijaczki delektowały się winem, na rogu ulicy stał kataryniarz (daję słowo!), a kiedy doszedłem do kiosku, Krzysiek-Linda już tam był. Ruszyliśmy w stronę przechowalni bagażu, opowiadając sobie o przebiegu dnia i stwierdziliśmy, że chyba chcemy pozostać w tym mieście. Objuczeni plecakami i torbami poszliśmy w poszukiwaniu lokum do wynajęcia w stronę dzielnic niskich domków, dając się ochlapać wielkiemu, pękatemu tramwajowi, ale tylko nas to rozbawiło. Jacyś chłopcy w dziwnych czapkach chcieli nam pomóc dźwigać, ale dzień nam się podobał i mimo zmęczenia chcieliśmy iść dalej.

I wtedy zadzwonił budzik.

Szkoda, bo to był bardzo fajny, choć w opisie nudny, film. Podobało mi się tam. I podobało mi się, że inaczej niż w innych moich snach, nie następowały jakieś dziwne, szybkie zmiany miejsca, akcji i postaci. Ot, taki spokojny film, napełniający człowieka zadowoleniem. Naprawdę zrobiło mi się autentycznie smutno, kiedy budzik kazał wstawać do pracy... No, ale co zrobić...

1 komentarz:

  1. Sen z panem L. od razu bym zakwalifikowała jako horror.:))) Ze względu na "sympatię", jaką go darzę...
    Fajny taki spokojny sen.:)
    Mnie się ostatnio czasem tak dużo naśni, że nawet to zapisuję.
    Ostatnio jednym z fragmentów było dosyć specyficzne powitanie: psikano na nas jakimś niebieskim barwnikiem. Kolor był bardzo ładny.:)))

    OdpowiedzUsuń